Dzisiaj o 9:30, Boing 747 linii British Airlines wylądował na lotnisku O.R. Tambo w Johannesburgu. Zanim to się stało musiałem wypełnić formularz wizowy, który trzeba oddać podczas odprawy paszportowej. Nie wiem czy miało jakiekolwiek znaczenie co tam wpisałem, bo urzędniczka położyła tylko kartkę i po pytaniu jaki jest cel wizyty wbiła wizę do paszportu, a ja mogłem udać się na poszukiwania czekającego na mnie kolegi.
Spotkaliśmy się przed lotniskiem, mój gospodarz, Toni mieszka tutaj już wiele lat. Zabrał mnie więc do mieszkania w którym razem z nim mieszkam. Po drodze miałem okazje podziwiać piękne południowo-afrykańskie drogi, a także delektować się świeżym sokiem z ananasa. Johannesburg to miasto kontrastów, z jednej strony raj dla klasy średniej oraz ludzi zamożnych, z drugiej wszechobecna biedota. Ja mieszkam w tej lepsze części miasta w dzielnicy Melrose. Samochody na ulicach to z reguły nowe Mercedesy i BMW. W naszym osiedlu widziałem BMW 5M i Lotusa Elise. Auta w europie robiące wrażenie nikomu tu nie imponują. Aby imponować trzeba mieć przynajmniej Ferrari, których widziałem już kilka specjalnie ich nie szukając.
Dla kontrastu centrum wyglądaj jak miasto po wygranej przez ludzkość walce z inwazją zombi. Wysoki budynki z powybijanymi szybami i widocznymi śladami po pożarach. Tłumy na ulicach nic nie robiące sobie z pasów czy świateł i przemieszczające się bez wyraźnego schematu. Wszechobecne busiki, których przepisy drogowe nie dotyczą ale z ich kierowcami nie warto zadzierać, okazując im dezaprobatę.
Na koniec dnia zaliczyłem sesje nauki jazdy. Dodam, że pierwszy raz jeździłem "po angielsku". Nie obyło się bez pomyłek przy wrzucaniu biegów, ale jak się rozkręciłem to szło nieźle i przejechałem nawet centrum Johannesburga, manewrując między pieszymi i busikami. Na temat jeżdżenia tutaj na pewno będzie oddzielny post.
Teraz leże w łóżku i piszę tego posta, a za oknem słychać nadchodzącą burzę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz